czwartek, 29 października 2009

Samotność i zagubienie - myśli po spotkaniu nr 2


Materiał do dyskusji mieliśmy spory, bo okazuje się, że samotność/zagubienie to niemal esencja współczesnej literatury i filmu.
Zresztą nie tylko sztuki współczesnej (obok wklejam portret cierpiącego Wertera, bo temat samotności to ważny wątek romantyczny, nie mówiąc już o egzystencjalizmie).

Sporo rozmawialiśmy o przyczynach tego zjawiska. Przyznam, że do mnie bardzo trafiło to, co powiedział Andrzej: że nasze relacje z ludźmi stały się mocno powierzchowne i dlatego można czuć się samotnym nawet mając 300 znajomych na Facebook'u, czy Naszej Klasie.

Ciekawym wątkiem było też spostrzeżenie, że odczuwanie samotności jest subiektywne: jedni uważają, że ludzie modlący się w kościele tworzą wspólnotę, podczas gdy dla innych wierni w polskim kościele to zbiór wyalienowanych jednostek...

Frapujący jest dla mnie tekst Tillicha, który w jednym z aspektów samotności (w odosobnieniu) dostrzega wartości pozytywne - w końcu to, kim jestem, nie zależy od oparcia, jakie mam w innych osobach, co więcej, wiele jest takich sytuacji w życiu, z którymi człowiek musi zmierzyć się sam (cierpienie, śmierć), ale nie jest to przekleństwem człowieka; to właśnie dzięki odosobnieniu człowiek przeżywa swoją odpowiedzialność, swoje "męstwo bycia", swoją wielkość.
W odróżnieniu od odosobnienia, osamotnienie jest stanem negatywnym i destrukcyjnym.

Tak a propos elementów twórczych w samotności, to wyobrażacie sobie któregoś z wielkich twórców, co by osiągnął, gdyby tylko udzielał się towarzysko albo piastował gromadę rozwrzeszczanych bachorów? :)
Do mnie to przemawia, moim zdaniem tworzenie wymaga odosobnienia, ponadto odosobnienie jest szansą na refleksje - ono tworzy taki twórczy ferment, człowiekowi zbierają się różne rzeczy w głowie. Każdy z nas to zna, taką ochotę, żeby wybrać się gdzieś samotnie na spacer, albo na wyprawę przez pola i góry.

Był też tekst A. Kępińskiego o potrzebie "wiary w mit". Potrzeba wiary, która z jednej strony pobudza do działania, z drugiej strony porządkuje rzeczywistość.
"Trudno nie wierzyć w nic"- jak ktoś to śpiewał.

No i na koniec - my-Chrześcijanie. Czy w ogóle możemy być samotni? Czy wolno nam być samotnymi z tą Ewangelią, która została nam dana? Czy z naszej Ewangelii nie wynika, że naszym podstawowym zadaniem jest przełamywanie własnej samotności i wyciąganie innych ludzi z ich samotności?
Czy my-Chrześcijanie powinniśmy wypowiedzieć wojnę samotności? A może nie tylko samotności, może każdemu Złu we wszystkich postaciach?
I może tak trzeba zrobić naprawdę, nie poprzestając tylko na szumnych hasłach (jak powyższe), ale też nie skreślając od razu tej wizji jako nierealnej/niewykonalnej/zbyt natchnionej?

8 komentarzy:

  1. ha,pierwsza:D
    No,to ja sobie myślę-jako człowiek pragmatyczny-że powód(...przynajmniej 1 z głównych!)osamotnienia naszych współludzi jest ciężkostrawny w swej prostocie i da się go przedstawić następującym ciągiem zależności:
    1.żyjemy w czasach odrodzenia hedonizmu-dążymy(jako populacja)do osiągnięcia maksymalnej satysfakcji minimalnym kosztem 2.satysfakcjonujące relacje wymagają sporo czasu i wysiłku,a zatem kosztują wiele!
    3.ogromna ilość potencjalnych źródeł satysfakcji jest 'tańsza' czyli łatwiej dostępna,wymieńmy choćby różne aktywności internetowe,zakupy,skupienie na karierze,seks bez zobowiązań,clubbing-możnaby mnożyć:]
    Mając do wyboru szybką i tanią satysfakcję,mało kto zastanawia się nad wyborem i nad długoterminowymi konsekwencjami. 'Po co,skoro można prościej?'
    -to jest,w moich oczach,bezpośrednia geneza problemu(pytanie,skąd w nas ci wewnętrzni hedoniści to dylemat na niejeden taki post..;)).

    Zgodzę się,że czymś innym od zaniku relacji jest twórcza samotność,odosobnienie. Dla mnie takowa to jest element higieny mózgu;)-człowiek potrzebuje czasem pobyć sam ze sobą,usłyszeć swoje myśli,rozkminić odczucia,przetrawić zdarzenia,coś zaplanować...niedobrze uciekać od tego-i nie jest to moja autorska opinia(ubolewam),ale tzw.wiedza ogólnożyciowa i psychologiczna. Ja tylko mogę potwierdzić empirycznie-nie ma to jak czasem przekręcić klucz w drzwiach i po prostu dać wyraz swoim potrzebom bez oglądania się czy ktoś nie ogląda nas;)!-niemniej,mój współlokator ma zgoła odwrotnie i kiedy przychodzę do mieszkania bez potrzeby samodzielnego przekręcenia klucza w drzwiach nieraz słyszę 'ooo,jak dobrze,że już nie jestem sam':P- cóż,odsyłam do różnorakich teorii osobowości-z każdej wyczytamy,że owa introwertyczna potrzeba bycia ze sobą samym jest dla każdego czymś innym;)-albo raczej-różnie potrzebna;)

    No i w Kościele też musimy brać pod uwagę,że każdy wiarę przeżywa nieco inaczej-dla niektórych najwięcej dobrego przyniesie przeżywanie z kimś wespół religijnych uniesień,a ktoś może być na takim etapie swojej drogi,na którym kontakt z Bogiem bez osób trzecich niejednokrotnie będzie mu niezbędny.
    niemniej,uważam,że na każdego powinny czekać w Kościele otwarte drzwi(także te zakrystyjne)i-uwaga,będzie banał;)-serca. tu chyba największa rola księży,bo od potencjalnego everymana z ławki-nie oszukujmy się-ciężko wymagać gotowości do modlitwy/debaty z każdym...niemniej,taki był pierwotny zamysł,prawda:)?

    Się rozpisałam;) Ale nie mogłam dojść do głosu w środę,toteż sobie pozwalam-zresztą i miejsca tu dostatek:P

    Pozdrawiam, Maja

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Maju za ożywienie dyskusji;-)Pod koniec swojej wypowiedzi odwołałaś się do Kościoła i księży, więc jako jeszcze nie-ksiądz, ale już duchowny, czuję się wywołany do tablicy;-) Zgadzam się z Tobą zupełnie. Ogromnym dramatem jest sytuacja, gdy natrafiamy w Kościele na zamknięte drzwi, czyli pozostajemy zupełnie sami ze swoimi pytaniami i wątpliwościami. Miejsca w Kościele nie możemy ograniczać jedynie do grona wybranych, politycznie poprawnych wyznawców. W Kościele jest miejsce dla każdego, szczególnie dla ubogich (w bardzo szerokim znaczeniu, szczególnie tym duchowym.) Kościół to przestrzeń, w której mogę czuć się zupełnie bezpiecznie, jak u siebie. Jeżeli jest inaczej, to warto zadać pytanie, dlaczego tak się dzieje?

    Druga sprawa. Podczas środowej dyskusji zgodziliśmy się, niemal przez aklamację;-)(takie odniosłem wrażenie), że osoba wierząca nie powinna czuć się samotna. Relacja z Bogiem podobno wyklucza stan osamotnienia. Co jednak w sytuacji, gdy ktoś autentycznie i najgłębiej jak tylko potrafi, pogłęnia swoją więź z Chrystusem, ale wewnętrzna pustka i lęk przed życiem skutecznie utrudniają mu codzienną egzystencję? Czy powiemy takiemu człowiekowi: "Przyjacielu, nie możesz czuć się samotny. Widocznie słabo wierzysz."? Czy taka odpowiedź nie byłaby z naszej strony arogancją? A może elementy duchowego i psychicznego bólu stanowią także istotne momenty naszego duchowego wzrastania? Może właśnie w takich momentach Bóg szczególnie towarzyszy człowiekowi? Zbyt łatwo przychodzi nam posługiwanie się sloganami. Krąży w nas pokusa zbyt powierzchownego upraszczania rzeczywistości - tak musi być, a tak nie wypada...itd. Ideały są bardzo piękne i nie wolno z nich rezygnować. Jednak za każdym razem trzeba sprowadzać je do ziemi, do konkretu rzeczywistości.Warto je oczyszczać w ogniu codziennego doświadczenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kontynuując wątek 'samotność a wiara':

    Człowiek zawsze pozostanie człowiekiem i na swój ludzki sposób będzie miał problemy z wypełnieniem teoretycznych założeń. Tym szczególniej, jeżeli dotyczą więzi z Bogiem, który będąc transcendentalny umyka przed poznaniem czy zauważeniem w ludzki sposób. Precyzując, wierzący człowiek czy to w zaciszu swoich czterech ścian czy w odludnym miejscu gdzieś hen na szlaku może pomyśleć sobie "Boże, dlaczego Ty jesteś tam wysoko, a ja jestem tu sam na ziemi...". Sposobem na przełamanie takiego punktu widzenia jest znalezienie Boga w otaczającym świecie, drugim człowieku, sobie i uświadomienie sobie, że nie jest 'gdzieś tam wysoko'. Ale samemu to również może nie przyjść łatwo i potrzebna może być pomoc drugiej osoby.

    Przynajmniej ja to jakoś tak widzę...

    Pozdrawiam
    Mietek

    OdpowiedzUsuń
  4. Nawiązując do tego, co pisze Mietek... Bóg nie znajduje się na szczycie piramidy, jako najwyższy byt, do którego nie możemy doskoczyć. Bóg jest oczywiście Kimś absolutnym, ale to przede wszystkim oznacza, że stanowi podstawę rzeczywistości. "W nim poruszamy się, żyjemy i jesteśmy" - jak pisze św. Paweł. Bóg znajduje się niezwykle blisko. Bliżej niż nam się wydaje. Aby tę bliskość odkryć trzeba odpowiednio się "nastroić". Trochę jak ze skrzypcami, czy innymi instrumentami. Dobrze nastrojony instrument wydaje czyste dźwięki. Człowiek natomiast nastraja się na to, by dostrzec ślady Boga w świecie i drugim człowieku. Samotność pozwala nabrać koniecznego dystansu. Dzięki niej doceniamy, co się wokół nas dzieje i zauważamy biedę wszelkiej powierzchowności. Gdy jesteśmy sami, stajemy się bardziej wyczuleni na to, co możemy przegapić, żyjąc w ciągłym biegu i pośród tłumu. Ta samotność, którą mam teraz na myśli, powinna być tylko wstępem do ponownego budowania relacji i poznawania świata. W chrześcijaństwie chodzi o harmonię, dialogiczność różnych postaw. Radykalna samotność oraz skrajna ucieczka od samotności mają prawo budzić podejrzenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też troszkę na temat wiara a samotność:)
    Jak dla mnie chwile spędzone "samemu" są po to żeby spędzić je jak najlepiej z Bogiem. Spędzić je po prostu na zażyłej rozmowie. Czasami to wychodzi a czasami nie. Ale moim zdaniem człowiek jeśli chce się rozwijać i nie być samotnym to musi rozmawiać z Bogiem. Z tej rozmowy powinno wypływać wiele rzeczy w naszym życiu a przede wszystkim miłość do Boga i drugiego człowieka, w którym jest Chrystus, a w każdym jest i trzeba go odkryć. Moim zdaniem nie ma powołania do samotności. Człowiek jest stworzony do bycia w większej grupie. Bóg również jest w Trzech Osobach. A w pobliżu są jeszcze święci i aniołowie. Więc chwile spędzone samemu są po to żeby spędzić je z Bogiem.
    Poza tym są jeszcze aniołowie. Każdy ma swojego Anioła Stróża. Po prostu trzeba patrzeć na świat oczami wiary. Życie jest o wiele radośniejsze. Byli na ziemi tacy święci, którzy mieli mocne nabożeństwo do Aniołów Stróżów. Słyszałem np. jak św. Josemaria spotykając się z jakąś osobą pozdrawiał jej Anioła Stróża.
    A zastanawiając się jeszcze nad samotnością i potrzebą spędzania czasu z Bogiem sam na sam. Przyszła mi do głowy myśl tak. Trzeba się trochę "przyzwyczaić" albo inaczej nauczyć takie przebywania z Bogiem... w końcu kiedyś nadejdzie taki dzień, że staniemy przed Nim i odpowiem za całe nasze życie. Myślę, że wtedy i tak nie będziemy sami, bo znajdzie się przy nas Matka Boża i nasz Anioł Stróż i może nasi patroni:) Ale czy jeśli spotykaliśmy się z Bogiem na rozmowie samemu codziennie po kilka minut. To czy to nie będzie takie super spotkanie z Ojcem i Przyjacielem. Czy to nie tak, że to będzie płynne przejście z Nieba na ziemi do Nieba w Niebie? Więc może te chwile kiedy człowiek czuje się samotny to nie moment na to żeby zastanowić się nad tym co się wokół nas dzieje i nie przygotować się na śmierć.
    Poza tym uczucie osamotnienia może pociągać ludzi do dobrego działania i otwierania się na inny choć wymaga to bardzo dużo wysiłku i mi się to nie zawsze udaje (ale czy to nie chodzi żeby siebie i swoje słabości pokonywać? )
    W każdym razie człowiek jak dla mnie nigdy nie jest sam, o ile sam tego nie chce...

    OdpowiedzUsuń
  6. A jeszcze przed momentem na trafiłem na wypowiedz Ojca Św. Benedykta XVI z wczoraj tj. 1 listopada :) :
    "Drodzy przyjaciele, jak piękne i pocieszające jest obcowanie świętych! To rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nie jesteśmy nigdy sami!"

    OdpowiedzUsuń
  7. Piotrze, to strasznie fajnie, że tak niesamowicie potrafisz się zbliżyć do Boga w chwili samotności. I przypuszczam, że wiekszość ludzi z beczki tak ma, ale wiesz, takich ludzi którzy, jeśli mogę tak się wyrazić, "czują bazę", jest doprawdy odsetek. Cała reszta nie ma takiej pewności, że w samotności nie są tak do końca sami. W osamotnieniu ludzie czują się źle(przynajmniej wiekszość, chyba nikt nie zaprzeczy?). Może to troche wynika z przekonania,że jeśli trwają w samotności to nie są na tyle fajni, żeby inni ludzie z nimi przebywali? albo inaczej - że jeśli bedą sami to ludzie pomyślą, że oni nie są fajni i nie będą więcej z nimi przebywać? Nie wiem, to tylko przypuszczenia (troche zagmatwane, wybaczcie:), poza tym prosty człowiek jestem, co ja tam wiem:) i myślę , że wyjaśnień może być wiele.
    Pytanie czy coś mozemy zrobić z tą samotnoscią? i czy powinniśmy?

    OdpowiedzUsuń
  8. Możemy i powinniśmy choć to jest strasznie strasznie trudne przynajmniej jak dla mnie, bo zbliżając się do innego człowieka zawsze jest ogromne ryzyko zranienia... choć czasami to tylko obawa. I moim zdaniem odpowiedzialność jest na tych ludziach, którzy czują się mniej samotni, tzn "czują bazę". A to jest jeszcze trudniejsze bo można pomyśleć: Ja nie czuję się tak bardzo samotny, a jak już czasami jestem to potrafię sobie z tym radzić, więc po co mam się otwierać na innych... mi to wystarcza. Ale moim zdaniem w tym jest egoizm bo zadaniem człowiek wierzącego jest pociąganie ludzi czyli pomaganie Bogu w wyrywaniu z ich osamotnienia. W końcu mamy być narzędziami :) Jak mówiliśmy na spotkaniu tu nie chodzi o bycie w wielkiej grupie tylko bardziej o osobistą relację z drugim człowiekiem czyli koleżeństwo albo przyjaźń. Tylko to wszystko wymaga odwagi i przekraczania siebie. Dla mnie jest to straszne trudne, ale każdy to musi w sobie pokonać :) Do boju :)

    OdpowiedzUsuń