czwartek, 6 maja 2010

Jak poradzić sobie z wolnością?

Uwaga, uwaga!
Po niemal trzymiesięcznej przerwie wskrzeszamy bloga. Robię to niechętnie, bo blog o tyle żyje, o ile trwa dyskusja. Do tej pory zażarte dyskusje na "Fenomenie" jednak nie przenosiły się z wielką mocą na naszego bloga. Jednak spróbujemy jeszcze raz. Powód jest niemiałki. Ostatnia dyskusja dotycząca wolności toczyła się pośród wielu emocji, burz i naporów. Były momenty, gdy nie wiedziałem czy jeszcze żywy wyjdę z Beczki:-) Ale serio, wolność bardzo nas obchodzi. Stąd dużo różnych stanowisk i chęć przekonania innych do swoich racji. Spróbujmy zatem przeżyć to jeszcze raz.


1. Podstawowa definicja wolności wg Kołakowskiego, Tischnera i Luijpena
L. Kołakowski i J. Tischner zgadzają się, że wolność oznacza zdolność dokonywania osobistych wyborów, które nie są wymuszane przez siły działające poza świadomością człowieka. Do tego należy dodać, że wolność oznacza zdolność człowieka do bycia kreatywnym, twórczym. W. A. Luijpen twierdzi nawet, że słowo "wolność" to synonim takich określeń jak "mający-być" czy "będący-zdolnym- do-bycia". Oznacza to, że człowiek wolny jest zawsze panem sytuacji i posiada różne możliwości działania. Decyduje o sobie. Rzeczy "zdarzają się", a człowiek jako wolna istota, "projektuje siebie". Kołakowski dodaje, że wolność jest czymś zupełnie elementarnym w życiu człowieka i przez to nie można jej udownić. Nie jesteśmy w stanie dostarczyć obiektywnych i pewnych dowodów empirycznych. Tak jak nie możemy udownić istnienia natury ludzkiej czy istnienia duszy, chociaż wiele przesłanek filozoficznych przemawia za ich istnieniem. Drugie znaczenie wolności, które pojawia się u Kołakowskiego to sytuacyjne warunki wyboru. Chodzi tutaj o wolność w kontekście kultury. Określone społeczeństwo otwiera przed nami mniejszy lub większy zakres możliwości (dla przykładu Chiny i USA). Tutaj Kołakowski zwraca uwagę na prawo, nakazy i zakazy. Wolność jest możliwa tam, gdzie one funkcjonują. Wolność to zdolność wyboru. Aby wybrać muszę mieć do tego warunki. Człowiek pozbawiony odniesienia do prawa, nie jest wolny. Wtedy możemy mówić o samowoli człowieka. Z drugiej strony, czy w ogóle człowiek może istnieć w oderwaniu od kultury, która zawsze wprowadza pewne ograniczenia? Osobiście jestem przekonany, że jest to niemożliwe. Nie ma człowieka całkowicie "czystego", wolnego od jakichkolwiek uwarunkowań społeczno-kulturowych. Uwarunkowania te wprowadzają pewne ograniczenia, ale jednocześnie dzięki nim rodzi się w człowieku poczucie wolności. Człowiek może decydować o swoim życiu, dokonując suwerennych wyborów pośród wielu możliwości.

2. Wolność w znaczeniu chrześcijańskim
Wspomniałem na początku o Tischnerze, który u samych podstaw zgadza się prawdopodbnie z Kołakowskim. Jednak stanowisko Tischnera idzie znacznie dalej w kwestii wolności. Prezentuje on wizję typowo chrześcijańską, a to oznacza, że wolności zawsze pozostaje wartością etyczną. Nie sposób odzielić jej od odpowiedzialności, dobra i prawdy. Co więcej, wolność stanowi jedyną w swoim rodzaju wartość, od realizacji której zależy realizacja wszystkich innych wartości osobowych. Wolność to nie jest zdolność - jak może się wydawać - do ciągłego mówienia "nie, nie" lub "tak, tak", czyli permanentenej negacji wszystkiego lub nieustannej aprobaty całej rzeczywistości. Wolność to podstwowy postulat, który domaga się od człowieka jego własnego spełnienia. Tylko człowiek wolny może się rozwijać. Z wolności nie można zrezygnować. Świadome wycofanie się z wolności, będzie paradoskalnie wyrazem wolności człowieka, jego wolnej decyzji.

A. Prawda
Człowiek dokonuje wyboru w trosce o prawdę. Jeżeli autentycznie poszukuję w swoim życiu prawdy, to także staram się dokonywać wyborów zgodnie z tym, co uznaję w sumieniu za prawdę.

B. Dobro
Prawda prowadzi mnie do dobra. Człowiek wolny to ten, który potrafi dążyć do dobra w świetle prawdy, którą poznaje. Odejście od prawdy i dobra jest negowaniem wolności. Z tego względu, że pogrążając się w złu, ciężko jest człowiekowi odkrywać i przyjmować prawdę. Jeszcze trudniej czynić dobro. Trudno dokonywać właściwych wyborów, które będą nas rozwijały. Zło ogranicza zdolność decydowania o sobie samym. Zaciemnia widzienie wartości, które kryją się za możliwościami, przed którymi zostaję postawiony.

C. Odpowiedzialność
Zawsze jesteśmy odpowiedzialni przed kimś za dokonywanie naszych wyborów - przed samym sobą, przed Bogiem, przed drugim człowiekiem. Tischner bardzo ciekawie pisze na ten temat: W ten sposób nasza wolność przez nasze doznanie odpowiedzialności wiąże nas nieustannie z Bogiem. W niej to ostatecznie została zaczepiona pajęczyna, po której sączyć się będzie w nasze życie piekło lub niebo, śmierć lub życie, dobro lub zło.

3. Wątpliwości
Pytań nie brakuje. Podczas dyskusji zastanawialiśmy się też, co oznacza w takim razie pełnienie woli Boga? Czy nie jest to moment, kiedy człowiek wyrzeka się własnej wolności? Jak to należy rozumieć? Czy człowiek zawsze jest wolny? Co w momencie, gdy ktoś jest chory psychicznie lub silnie uzależniony? Co dzieje się z jego wolnością? Czy człowiek będący daleko od Boga, może uważać się za wolną istotę? Czy żyjąc w danej kulturze, już na samym początku nie ulegamy silnym czynnikom determinującym, które wyznaczają nam nasze postępowanie? Pytania można mnożyć. Można też na nie odpowiadać. Mam pokusę, by to zrobić. Na szczęście, w swojej wolności zdecydowałem, że teraz należy zakończyć ten wpis i podać mikrofon dalej... :-)




piątek, 5 lutego 2010

Myśli po filmie "Metoda"


Film, dla mnie, bardzo intrygujący.
Mocna i spójna rozgrywka psychologiczna.

Parę myśli:
- przede wszystkim zwraca uwagę, jak błędne i irracjonalne decyzje podejmuje grupa dorosłych i wykształconych ludzi. Decyzją grupy, na samym początku zostaje wyrzucony Julio - najbardziej wartościowy i najuczciwszy (wypada z gry właśnie za swoją uczciwość...) Kolejna absurdalna decyzja: wyrzucenie Any - grupa decyduje, by w schronie zostało 4 facetów i jedna kobieta...
- Carlos: jako pierwszy powołał się na moralność, lecz ostatecznie okazał się najbardziej niemoralny ze wszystkich - upokarza Anę, niszczy Fernanda, wybiera firmę zamiast Nives. Wygrywa, dochodząc do zwycięstwa po trupach.
- Nives: największa przegrana tej gry. Bezsensowny stosunek seksualny z "iberyjskim macho" Fernandem, poczucie samotności i oszukania przez Carlosa.
- Fernando: słaby "iberyjski macho". Swoją siłę opiera na wykorzystywaniu kobiet (kiedy Carlos go obraża, Fernando wyżywa się na Nives), ale tak naprawdę jest słaby - być może uzależniony od seksu, nie zna języków obcych; nie jest jednak całkowicie bezrefleksyjny - ma poczucie własnej samotności i widzi, że przegrywa.
- Ricardo: organizator gry i wielki manipulator. Stwarza grę, w której uczestnicy sami się eliminują, a zostają najsilniejsi (najbardziej bezwzględni). Specyfika tej gry: nikt nie jest zły, a jednak dzieje się coś złego, rywalizacja zabija wszystkie relacje między ludźmi, którzy nawzajem się ranią.
- Enrique: wytwór czasów politycznej poprawności. Człowiek bez osobowości i bez własnego zdania. kompletnie niezdolny do dokonania moralnej oceny działań. Rozdarty pomiędzy ludzkimi odczuciami, a przeczuciami, czego może od niego oczekiwać firma.

Co chce nam przekazać ten film?
Mam nadzieję, że nie był pomyślany tylko jako krytyka korporacyjnego stylu życia (choć to życie zostało skontrastowane z walką antyglobalistów, jednak bez gloryfikacji tych drugich).
Że brakuje międzyludzkich relacji?
Że brakuje autentyczności i uczuć?
Że brakuje wartości?
Że grupa podejmuje złe decyzje?
Tak czy inaczej, jest to film, który zostaje w głowie, który domaga się analizowania i refleksji.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Kryzys męskości?


Czy to, że kobiety potrafią się obecnie obejść bez mężczyzn (zarówno w wypadku wbicia gwoździa, jak i przy rodzeniu dziecka) plus fakt, że mężczyźni popełniają pięciokrotnie więcej samobójstw, jest dowodem istniejącego kryzysu męskości?

Nie czując się na siłach, by streścić całą dyskusję przytaczam poniżej parę ciekawych wątków:

1. "Dzikie serce" J. Eldredge'a - książka z receptą: opisuje przyczyny kryzysu męskości (życie wbrew własnej naturze), szuka rozwiązania. Lektura obowiązkowa.

2. A może to co się dzieje, to nie kryzys samej męskości, ale w ogóle przedefiniowanie tradycyjnych ról kobiety i mężczyzny, to nowe czasy, w których każdy musi znaleźć swoje miejsce.

3. Jezus jako wzór bycia mężczyzną. Z reguły nie myślimy o Nim w tych kategoriach. Czas na nowo odczytać Jego dzieje i uczyć się od Niego powołania mężczyzny?

czwartek, 17 grudnia 2009

Zło

"Zło. Tyle już o nim napisano. (...) Do dziś filozofia, choć nie mogła i nie może się pozbyć myśli o złu, dziwnie jest wobec niego bezsilna. (...) Usiłuje coraz to inaczej formułować pytania, by choć w przybliżeniu dotrzeć do tego, co dla zła istotne, lecz czy w ogóle takie przybliżenie jest możliwe?" - w ten sposób pisała w jednym ze swoich esejów śp. Barbara Skarga. Rzeczywiście, jeżeli prześledzimy zmagania filozofów, to możemy mówić w ich przypadku o historii porażek. Zło jednak pozostaje na tyle silnym doświadczeniem, że człowiek nie jest w stanie pozostać wobec niego obojętny. Dlatego po kolejnej porażce w konfrontacji ze problemem zła, filozof staje na nowo do walki o zrozumienie tej dramatycznej tajemnicy. Nie bez powodu zło określa się jako "misterium iniquitatis" ("tajemnica nieprawości"). Słowo "tajemnica" nie powinno jednak stanowić prostego zwolnienia z odpowiedzialności poszukiwania prawdy. Tajemnica niesie ze sobą treść, która nie jest dostępna w oczywistym poznaniu. Z tego powodu domaga się ona nieustannego, wnikliwego poznawania.

1. Rodzaje zła
Warto próbować dotrzeć tam, dokąd jesteśmy w stanie dotrzeć. Z pewnością możemy próbować usystematyzować i opisać zjawisko zła. Często jawi nam się ono jako naturalne. Wynika z braku harmonii w świecie, z jego niedoskonałości. Możemy mówić tutaj o różnego rodzaju kataklizmach, losowych wypadkach. Jeżeli jednak ktoś sprawia określony wypadek z intencją wywołania szkody, to mamy wówczas od czynienia ze złem o charakterze moralnym. Innym rodzajem zła jest także zło fizyczne, które dotyka nas na poziomie materialnym i nie zawsze wywołuje skutki na poziomie wewnętrznym. Natomiast znacznie poważniejszym w skutki jest zło moralne, które narusza wewnętrzną strukturę człowieka (zło ontyczne). Widzimy więc, że zło jest zjawiskiem zróżnicowanym. Przejawia się w wielu postaciach.

2. Zło jako brak dobra
Św. Augustyn sprzeciwiał się stanowczo koncepcji zła jako substancji absolutnie niezależnej od dobra i zupełnie samodzielnej. Przeciwstawiał się teorii manicheiczyków, którzy uważali, że świat stanowi arenę nieustannej walki dobra ze złem. Twierdzili, że w cielesnym człowieku znajduje się uwięziony pierwiastek boski, który domaga się wyzwolenia. Człowiek zatem w pewien sposób dąży do tego, by porzucić to, co nie jest boskie, by stać się jak najbardziej duchową postacią, uwalniając w sobie boga. Augustyn jednak słusznie zauważył, że tego rodzaju koncepcja wprowadza zmienność w Bogu, który ze swojej natury jest niezmienny. Z drugiej strony podważa wszechmoc Boga. Jeżeli zło mogło pochwycić jakąś cząstkę Bożej istoty, to oznaczałoby, że Bóg może się zmienić i może ulegać sile zła. Augustyn twierdzi zatem, że zło jest brakiem dobra. Jeżeli danemu bytowi brakuje tego, co mu się należy, wtedy występuje pewien brak dobra, który określa się mianem zła. W tym wypadku zło nie jest wobec dobra równorzędną siłą, ale pasożytem, który wykorzystuje uszczerbek w dobru. Oczywiście, to wszystko nie jest takie proste. Powstaje wiele pytań. Chociażby w jaki sposób rozumieć fakt, że zło mimo iż jest nicością, to jednak zawsze jest zauważalne w określonej postaci, jak np. wspomniana na spotkaniu dziura w spodniach. Warto pamiętać, że św. Augustyn, wraz ze wspomnianą tzw. prewencyjną koncepcją zła, wpłynął znacząco na oficjalne nauczanie Kościoła. W tym momencie nie dysponujemy chyba bardziej sensownym wytłumaczeniem zjawiska zła, niż jego źródłowym pochodzeniu z nicości.

3. Chrześcijanin a zło
Warto zajrzeć do listu Jana Pawła II "Salvifici doloris", w którym papież podejmuje kwestię chrześcijańskiego sensu cierpienia. Chrześcijaństwo jest w stanie nadać cierpieniu sens, jeżeli zwróci się w stronę Chrystusa, który miłością przezwyciężył zło i cierpienie. Chrześcijaństwo nie umieniejsza dramatu cierpienia, ale wskazuje, że odpowiednio zinterpretowane może otworzyć człowieka na obecność Boga. Wydaje się, że cierpienie samo w sobie zawsze jest złe. Trudno mi się zgodzić, by niosło ze sobą jakąś nadwyżkszę sensu. Cierpienie jako takie nie uszlachetnia. Uszlachtenia i doskonali człowieka właściwy, umiejętny sposób przeżywania tego cierpienia. Cierpienie może ewentualnie przynieść owoce w życiu, gdy zostanie przemienione miłością. I ponownie pojawia się św. Augustyn, który w dialogu "O wolnej woli" przypomina, że Bóg nie stworzył zła, ale posiada moc wyprowadzania dobra nawet z największego zła i cierpienia.

Zasygnalizowałem jedynie trzy wątki z wielu, które pojawiły się na spotkaniu. Pytanie o zło otwiera nas na kolejne tematy jak: wolna wola, grzech, wolność, sprawiedliwość, Boża Opatrzność...

Na koniec dziękuję o. Grzegorzowi Chrzanowskiemu OP za to, że przyjął nasze zaproszenie i poprowadził nas głębiej w tajemnicę zła;-)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Jaki jest cel DSWu? – wyznania Tomasza L.


Ten post powstał w celu kontynuowania dyskusji, rozpoczętej przez Mariusza (oraz Marię D. i Zofię M. – spotkanie pt. „Na kozetkę, czy do konfesjonału” okazało się brzemienne w skutki i uwagi ogólne na temat funkcjonowania DSWu), mającej na celu określenie tożsamości naszej grupy.

Pytanie o cel (sens istnienia) DSWu postawiłem sobie dawno temu - jeszcze zanim wymyśliliśmy jakikolwiek temat spotkania, pewnie już w czerwcu, gdy dowiedziałem się, że mam być „odpowiedzialnym” tej grupy, a może nawet wcześniej – 4 lata temu, kiedy pierwszy raz na studiach poszedłem na DSWu.

To DSWu 4 lata temu nie podobało mi się; jedyne, do czego mnie skłoniły tamte spotkania, to postawienie sobie pytania:
Czy „gadanie” coś zmienia w naszym życiu?

I doszedłem do tego, że owszem - gadanie może coś dać i dlatego od pół roku noszę w głowie i realizuję (lub niestety nie realizuję) następujące cele DSWu:

1. Zbliżyć się do Boga
2. Poszerzyć swoją wiedzę (filozoficzną, socjologiczną – erudycja generalnie)
3. Dzielić się swoimi myślami z ludźmi i słuchać innych
4. Stworzyć Grupę

ad.1 Jakkolwiek brzmi to pompatycznie, naprawdę widzę tu jedyny sensowny cel DSWu i duszpasterstwa w ogóle.
I owszem – uważam, że „gadanie” może zbliżyć do Boga.
Według mnie istnieją dwie drogi do Boga: intuicyjno-mistyczna i rozumowa.
Oczywiście staramy się uderzyć w tę drugą. Ta droga rozumowa jest mi bliższa.
Każde rozmyślanie o istocie Wszechświata, sensie historii ludzkiej i podobne, prowadzi mnie do poczucia konieczności istnienia Boga.
Co więcej, myśl o istnieniu Boga jest dla mnie jedynym sensownym, logicznym i budującym wyjaśnieniem dla tego cyrku, jaki rozgrywa się na planecie Ziemia.

Poza przekonaniem o istnieniu i działaniu Boga, chciałbym, aby spotkania dawały nam coś jeszcze: uświadomienie sobie, że wierząc łatwiej jest żyć.
Bo z wiarą łatwiej jest osądzić, czy jakiś czyn jest godziwy, czy niegodziwy; łatwiej określić, jak należy postąpić w danej sytuacji, łatwiej ocenić innych i siebie.
Chciałbym odkrywać, że wiara jest naszą siłą i naprawdę nam pomaga w codziennych sytuacjach.

ad.2 Moje studia są dla mnie duchową i intelektualną pustynią. A w życiu trzeba wiedzieć, trzeba się wgryzać w mądrość. Dosyć mamy fałszywych intuicji i nieobiektywnych osądów.
Myślę, że teksty dużo dają. Czasem inspirację, sporo wiedzy, a czasem teksty aż proszą się o to, by się z nimi nie zgodzić (co też jest twórcze).

Myślę, że na naszych spotkaniach za często bazujemy tylko na własnym „Mi się wydaje, że (cośtam)…”. Chciałbym, aby spotkania DSWu były cięższe merytorycznie, bardziej zdyscyplinowane umysłowo i niosły wyraźniejsze przesłanie (kwestia robienia podsumowania całego spotkania).

ad.3 Ale z drugiej strony dzielić się trzeba (i warto).
Jest dla mnie fascynującym dowiedzieć się, co inni ludzie mają w głowach?
To, że rozmawiamy ze sobą otwarcie i szczerze jest wspaniałe i niesamowite (bo przecież znamy się dosyć słabo, jesteśmy sobie wciąż trochę obcy).

No i to wzajemne dzielenie się, myślę, że nam wychodzi. Możemy zatem bardziej zająć się pozostałymi aspektami spotkań.

ad.4 Chciałbym abyśmy stworzyli Grupę. Żeby każdy jakoś się identyfikował z DSWu, czuł się jak u siebie, czuł się zauważony. I tu też myślę, że jesteśmy już na dobrej drodze!

Mówi się, że Beczka to nie wspólnota. I tak jest też z DSWu. Trochę nam przeszkadza ta masowość Beczki, ale z drugiej strony nie ma się co nastawiać, że zrobimy wspólnotę, bo wspólnota się stworzy albo nie i nie da się tego zaprojektować; to musi być coś spontanicznego.

Dlatego nie myślę o wspólnocie, ale o Grupie. Jeśli się postaramy ta Grupa może nam dużo dać.

środa, 2 grudnia 2009

"Na kozetkę czy do konfesjonału?"

Temat trudny, mam wrażenie że najtrudniejszy z tych, które poruszaliśmy do tej pory na Fenomenie.

Bo to raczej jest tak, że w człowieku można wyróżnić trzy komponenty: ciało, umysł/psychikę i duszę. Znaczy się, można to odróżnić pojęciowo, ale w praktyce jest to bardzo trudne. Bo jak się one właściwie do siebie mają? W jaki sposób od siebie zależą?

Niegdyś czynności umysłu były przypisywane duszy - myślenie, rozumowanie - duszy rozumniej, emocje - duszy zmysłowej. Teraz jest skrzywienie w drugą stronę - mówi się o psychice jako wytworze naszego mózgu, ba - o duszy jako wytworze naszego mózgu.

No ale nawet jeśli zgodzimy się, że nie da się żadnego z tych składników sprowadzić do innego, to dalej mamy problem. Bo jak odróżnić przeżycie emocjonalne od duchowego? W tym temacie pojawiły się dyskusje odnośnie Odnowy w Duchu Świętym. Albo jak odróżnić problemy natury psychicznej od problemów natury duchowej?

Zwykle tego nie potrafimy, dlatego powinniśmy szukać pomocy na różnych poziomach. Również u jednej osoby - nie należy zapominać że rozmowa z duchownym nie jest spowiedzią.

Bardzo ważna jest współpraca duchownego i psychologa, a przy niektórych schorzeniach (o czym nie wspomnieliśmy) lekarza. Może to jest sposób na osiągnięcie zamierzonej harmonii duszy, psychiki i ciała?

Być może, ale dotyczy to przypadków szczególnych. Natomiast dalej niewiadomo jak to osiągnąć w życiu codziennym.

Pytanie zostało otwarte. Właściwie większość z nich została. Bo łatwo i jednoznacznie odpowiedzieć się na nie nie da.

Dlatego myślę, że warto ten temat pociągnąć - być może od innej strony. Ale czekam na głosy i komentarze;)

sobota, 28 listopada 2009

Po spotkaniu z o. Józefem Puciłowskim

Wielkie ukłony dla DSWu Doping za wspaniałego Gościa!

Przypomniały mi się czasy gimnazjum i liceum, kiedy naprawdę interesowałem się historią. Historia to wielka rzecz, a Ojciec potrafił wyjątkowo barwnie o niej mówić.

Uważam, że ojciec Puciłowski jest nie tylko świetnym wykładowcą (zazdroszczę Tiborowi i Szymonowi, że mają z nim zajęcia), ale prezentuje również bardzo mądre zdanie w sprawie lustracji.
Znakomicie wychwycił problem, że dopóki Kościół nie oczyści swojej przeszłości, nie będzie wiarygodny w swoim nauczaniu o konieczności nawrócenia.

Z drugiej strony (by nie przesadzić z takim pochwalnym tonem tego posta) wydaje mi się, że w klasztorze w związku z lustracją zrobiono zbyt mało... Wiadomo, kto współpracował; żadna z tych osób się nie przyznała (?!!), konsekwencji (jak zrozumiałem) też żadnych nie wyciągnięto. Czy to że władze klasztoru wiedzą, co kto ma na sumieniu, zmieni cokolwiek, jeśli informacja o współpracy zakonników pojawi się w prasie? Czy i tak klasztor nie będzie oskarżany o to, że wiedząc, iż ma w swoich szeregach byłym współpracowników SB, nic nie zrobił?

Proroczo zabrzmiały słowa ojca Puciłowskiego o tym, że jeszcze doczekamy się kolejnych medialnych afer wokół współpracy Kościoła z SB.
Rzeczywiście, chwilowo te tematy przycichły.
Jednak przytaczane przez Ojca historie były tak barwne, iż podejrzewam, że jeśli tylko trafią w ręce jakiegoś dziennikarza, on od razu zrobi z nich użytek.

No ale kto z osób o nieczystym sumieniu będzie się teraz sam wystawiał na widok publiczny? Może jednak ludzie zapomną, może jednak uda mu się umrzeć w spokoju...